Wyobraź sobie, że zakładasz specjalne okulary, które sprawiają, że widzisz wszystko do góry nogami. Jak myślisz, jak byś się czuł/a? Chyba trochę niepewnie, prawda? Początkowo trudno byłoby wykonywać najprostsze czynności. Chodzenie byłoby naprawdę dużym wyzwaniem, nie mówiąc już o jeździe na rowerze. Jednak, co zaskakujące, już po ok. 6 dniach chodzenia w takich okularach obraz wróciłby do normy i wszystko byłoby na swoim miejscu. 
Pierwsze tego typu doświadczenia przeprowadzane były już w latach 30-tych ubiegłego wieku. Po zdjęciu okularów badane osoby widziały przez chwilę świat do góry nogami, ale po kilku minutach obraz ulegał odwróceniu. Tego typu eksperymenty potwierdzają, że widzimy nie tylko oczami, ale także, a może przede wszystkim, mózgiem. Oczy dostarczają nam tylko pewnych informacji, w oparciu o które mózg „tka” różne obrazy. Mózg nieustannie interpretuje informacje, które do niego docierają, w oparciu o wiedzę i wcześniejsze doświadczenia. Dlatego wielu zjawisk nie dostrzegamy a czasem widzimy coś czego nie ma;) Nie wierzysz? Oto inny dowód. 
Spójrz na figurę poniżej. Jaki jest kolor górnej części? A jaki dolnej? Wydaje się, że górna część jest znacznie ciemniejsza, prawda? 



A teraz zasłoń palcem miejsce połączenia tych dwóch elementów. Okazuje się, ze odcień szarości w obu przypadkach jest identyczny. Ta iluzja nazywana jest Cornsweet illusion od nazwiska Toma Cornsweet’a, który po raz pierwszy szczegółowo ją opisał. Jak wytłumaczyć to zjawisko? Zauważ, że kształt i ułożenie tych dwóch elementów oraz cienie na brzegach sugerują, że na górny element pada światło, natomiast dolny jest w cieniu. Nasz mózg z doświadczenia wie, że przedmioty znajdujące się w słońcu wyglądają na jaśniejsze niż w rzeczywistości, dlatego automatycznie je przyciemnia. Natomiast obiekty znajdujące się w cieniu wyglądają na ciemniejsze, dlatego mózg je rozjaśnia.
Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy tę iluzję byłam naprawdę oburzona tym, że mój mózg tak mnie oszukuje;) Trzeba jednak przyznać, że w przeważającej większości sytuacji ta strategia bardzo się opłaca i umożliwia nam prawidłową percepcję rzeczywistości.

Autor: Anna Balcerzyk
P.S. Dziękuję mojej studentce Agnieszce Kołodziej, która zainspirowała mnie opowieścią o odwrotnych okularach:)

Więcej informacji:
Sachse P et  al. "The world is upside down" - The Innsbruck Goggle Experiments of Theodor Erismann (1883-1961) and Ivo Kohler (1915-1985). Cortex. 2017; 92: 222-232. 
Obrazek z Cornsweet illusion pochodzi z książki „The Human Brain” Nolte J.
Inne ciekawe iluzje wraz z wyjaśnieniem ich mechanizmu można znaleźć na stronie http://www.michaelbach.de/ot/index.html
Szczęściem w nieszczęściu można nazwać to, co spotkało 12-letnią dziewczynkę pochodzącą z USA.
Jej beztroskie dzieciństwo zostało przerwane rozpoznaniem ostrej białaczki limfoblastycznej, jednak to co wydarzyło się później było naprawdę niezwykłe. Jedynym ratunkiem na odzyskanie zdrowia wydawała się chemioterapia. Optymizmem napawał fakt, że chorobę tę udaje się wyleczyć  u ok. 85-90% dzieci, jednak skutki uboczne stosowanych w tym celu chemioterapeutyków mogą być bardzo niepożądane. Jak się później okazało, u wspomnianej dziewczynki mogły nawet doprowadzić do śmierci.  W tym konkretnym przypadku procedura różniła się jednak nieco od tradycyjnie stosowanych. Szpital, w którym leczono dziewczynkę był jednym z pierwszych, w którym przed podaniem chemioterapeutyku analizowano mutacje w genach kodujących enzymy metabolizujące leki. Badanie wykazało, że dziewczynka posiada pewną mutację, która sprawia, że ma obniżoną ilość enzymu rozkładającego lek, który miał być zastosowany. Szacuje się, że podobna sytuacja ma miejsce u 1 osoby na 300. Użycie standardowej dawki leku w takich przypadkach może spowodować bardzo silne skutki uboczne i z dużym prawdopodobieństwem zakończyć się śmiercią. U wspomnianej dziewczynki dawka leku została więc pięciokrotnie obniżona, a mała pacjentka bez większych problemów przeszła terapię i została wyleczona. Prawdopodobnie, gdyby nie analiza genetyczna i modyfikacja dawki dziewczynka mogłaby, ze względu na skutki uboczne, nie przeżyć leczenia…

To jeden z wielu obiecujących przykładów zastosowania tzw. medycyny spersonalizowanej, czyli medycyny „szytej na miarę” konkretnego pacjenta.

Obecnie każdy pacjent po zdiagnozowaniu choroby leczony jest standardowymi dawkami najbardziej odpowiedniego leku. Jeśli lekarstwo nie działa, a szacuje się, że ma to miejsce w ok 20-30% przypadków, lekarz zwiększa dawkę. Jeśli natomiast pojawiają się skutki uboczne, dawka zostaje zmniejszona lub zmienia się lek (o ile istnieje taka możliwość). Lekarz leczy więc trochę „w ciemno”, a w skrajnych przypadkach lek może doprowadzić do reakcji toksycznej, a nawet śmierci. Przyczyną tego zjawiska są m.in. różnice międzyosobnicze w reakcji na farmakoterapię. Różnice te w dużej mierze zawdzięczamy uwarunkowaniom genetycznym. Każdy z nas może mieć nieco inne warianty genów odpowiedzialnych za aktywowanie, wiązanie czy metabolizowanie leków. Dlatego też każdy z nas nieco inaczej będzie reagował na dany terapeutyk. Nie dziw się więc jeśli Apap, który uśmierza ból głowy twojej znajomej zupełnie nie działa na ciebie;) 

Prawdopodobnie już w niedalekiej przyszłości znajomość predyspozycji genetycznych danej osoby będzie wykorzystywana w celu dobrania odpowiedniego leku, we właściwej dawce, a to pozwoli na skuteczniejszą terapię wielu chorób.


Autor: Anna Balcerzyk

Więcej informacji:

Collins F. Język życia. DNA a rewolucja w medycynie spersonalizowanej.

                                                                                                                                                             
Pewna Maoryska, rdzenna mieszkanka Nowej Zelandii, któregoś popołudnia zjadła owoc. Wkrótce w błyskawicznym tempie zaczęła tracić siły, a następnego dnia koło południa zmarła. Co ciekawe owoc wcale nie należał do trujących.

Okazało się, że zaraz po spożyciu owocu kobieta dowiedziała się, że pochodził on z terenu objętego religijnym tabu, a to oznaczało, że podlega klątwie.
Maoryska uwierzyła, że wkrótce musi umrzeć i tak rzeczywiście się stało.
Opisane powyżej zjawisko nagłej śmierci, spowodowanej przekonaniem o tym, że wkrótce do tej śmierci dojdzie, określane jest jako śmierć voodoo.  Przypadki takie opisywane były głównie wśród rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, Afryki, Australii i Nowej Zelandii. Z reguły dotyczyły one osób, na które rzucona została klątwa.
Przyczyny śmierci voodoo próbuje się wyjaśniać na kilka sposobów. Prawdopodobnie najważniejszym czynnikiem jest silny strach, który gwałtownie pobudza układ współczulny oraz oś podwzgórzowo-przysadkowo-nadnerczową. Układ współczulny odpowiada m.in. za przyspieszenie bicia serca, zwężenie naczyń krwionośnych i podwyższenie ciśnienia krwi. Kortyzol natomiast, wydzielany przez nadnercza w stanie zagrożenia, mobilizuje rezerwy energetyczne organizmu. W normalnych warunkach mechanizmy te przygotowują organizm do walki lub ucieczki. Okazuje się jednak, że skutkiem przedłużonego i bardzo intensywnego działania układu współczulno-nadnerczowego może być stopniowy spadek ciśnienia krwi, od bardzo wysokiej wartości na początku, do bardzo niskiej na końcu. Sprzyja temu odwodnienie organizmu, które spowodowane jest tym, że z reguły taka osoba, z powodu silnego stresu, odmawia przyjmowania posiłków i napojów. Efektem jest niedostateczne zaopatrzenie kluczowych organów w tlen i niemożność utrzymania ich funkcji. Wydaje się, że w przypadku zjawiska śmierci voodoo ważny jest również aspekt społeczny. Wiara w to, że osoba na którą rzucono przekleństwo umrze jest z reguły tak silna w danym plemieniu, że wierzy w to nie tylko ofiara ale także jej bliscy, którzy zaczynają traktować ją jak martwą. Izolacja i brak wsparcia społecznego są prawdopodobnie dodatkowym czynnikiem, który sprzyja szybkiemu opadaniu z sił.
Czy zjawisko śmierci voodoo obserwuje się także w krajach Europy czy Stanów Zjednoczonych? W klasycznej postaci raczej nie, jednak podobne mechanizmy mogą leżeć u podłoża śmierci niektórych osób. Znany jest przypadek człowieka, u którego zdiagnozowano nowotwór. Załamany mężczyzna stwierdził, że nadszedł już czas na śmierć. Lekarz zmotywował go aby przeżył jeszcze święta Bożego Narodzenia i mężczyzna tak zrobił, umarł jednak zaraz po Nowym Roku. Sekcja zwłok wykazała, że diagnoza nowotworowa była fałszywie pozytywna. Mężczyzna miał tylko łagodny guzek na wątrobie i lekkie zapalenie płuc. Umarł więc prawdopodobnie dlatego, że zarówno sam pacjent, jak i jego rodzina uwierzyli w diagnozę lekarzy i czekali na wkrótce mającą nastąpić śmierć.

Autor: Anna Balcerzyk

Brown T. Fee E. “Voodoo” death. American Journal of Public Health 2002; 92: 1593-1596
Lester D. Voodoo death. OMEGA. 2008-2009: 59(1) 1-18



                                                                                                                                                   
Gdy podczas porannej odprawy redaktor naczelny przekazywał szczegółowe wskazówki dotyczące tego, co miało pojawić się w aktualnym wydaniu gazety, zauważył, że jeden z dziennikarzy nie robi żadnych notatek. Kiedy oburzony jego niekompetencją i ignorancją zwrócił mu uwagę, okazało się, że dziennikarz doskonale pamięta wszystkie szczegóły.
W ten oto sposób ujrzały światło dzienne niezwykłe zdolności słynnego rosyjskiego mnemonisty - Solomona Szereszewskiego. Mężczyzna potrafił zapamiętywać listy słów lub liczb o dowolnej długości, a następnie odtwarzać je w dowolnej kolejności. Co więcej pamiętał je nawet po 15-16 latach! Badający go później, przez ponad 30 lat, rosyjski neurofizjolog Aleksander Łuria stwierdził, że jego pamięć była „praktycznie niewyczerpana”. Jak się okazało, zawdzięczał ją zdolności do przekładania informacji na obrazy, czyli tzw. pamięci fotograficznej. Solomon potrafił zapamiętać tak dobrze ciąg nawet 50 liczb właśnie dlatego, że widział w swoim umyśle ich obraz, mógł więc odczytywać je w dowolnej kolejności. Był ponadto synestetykiem, co oznacza, że pobudzenie jednego zmysłu wywoływało również reakcję innego np. głosy ludzi miały dla niego wyraźne kolory a gdy chciał zapamiętać dźwięki przekładał je na obrazy.
Prawdopodobnie większość z nas chciałaby mieć tak doskonałą pamięć, jednak okazuje się, że dla Szereszewskiego wcale nie była ona takim błogosławieństwem. Podczas gdy my szukamy sposobów na to aby zapamiętać jak najwięcej, on szukał metod, które pomogłyby mu zapomnieć. Nadmiar informacji był dla niego nieprzyjemny i powodował poczucie chaosu, a w końcu prawdopodobnie stał się przyczyną tego, że ostatni okres życia spędził w szpitalu psychiatrycznym.
Inną niezwykłą „pułapką” ludzkiej pamięci mogą być tzw. fałszywe wspomnienia. W latach 80 i 90-tych XX wieku, w USA pojawiła się fala oskarżeń o molestowania seksualne. Jedną z osób, która oskarżyła swojego ojca o takie właśnie czyny była Beth Rutherford. Ta młoda kobieta zgłosiła się do psychoterapeuty z powodu trudności w radzeniu sobie ze stresującą pracą na oddziale onkologicznym. Podczas terapii odkryła, że w dzieciństwie była wielokrotnie gwałcona oraz zmuszona przez ojca do aborcji. W trakcie dochodzenia okazało się, że kobieta jest jeszcze dziewicą i nigdy nie była w ciąży. Czy więc oskarżenie było wymyśloną historią? Zemstą córki, która miała konflikt z ojcem? Nie, Beth rzeczywiście była przekonana, że te wydarzenia miały miejsce. Co więcej jej sytuacja nie jest odosobniona, a zjawisko powstawania fałszywych wspomnień było wielokrotnie opisywane.
Jaki może być mechanizm powstawania takich wspomnień? Wydaje się, że jest to związane ze zjawiskiem rekonsolidacji. Gdy wydarzenia mające miejsce w naszym życiu przechodzą do tzw. pamięci długotrwałej, stając się wspomnieniami, zachodzi proces konsolidacji, czyli powstawania trwałego śladu pamięciowego w naszym mózgu. Budzenie wspomnień sprawia, że odpowiednia sieć neuronowa znów staje się niestabilna i podatna na zmiany, po to, aby mogła być wzmocniona. Dlatego powtarzanie i przypominanie sobie pewnych wydarzeń sprawia, że pamięć o nich staje się trwalsza. Prawdopodobnie jednak w pewnych okolicznościach mechanizm ten może zostać zaburzony i mogą powstać ślady pamięciowe wydarzeń, które w ogóle nie miały miejsca. Przypuszcza się, że wspomniana fala oskarżeń o molestowania seksualne związana była z popularnością nurtu terapeutycznego, który źródła większości problemów upatrywał w wydarzeniach z dzieciństwa, zwłaszcza tych, związanych z molestowaniem seksualnym. Wydaje się, że zadawanie wielu pytań, sugestie, zachęcanie do wyobrażenia sobie pewnych wydarzeń, zarówno podczas psychoterapii ale również np. intensywnych przesłuchań policyjnych może zaindukować fałszywe wspomnienia.
I jeszcze jeden przykład pułapki, która może się okazać tragiczna w skutkach. Kilka lat temu w mediach głośna była sprawa ojca, który w upalny dzień zostawił na kilka godzin w zamkniętym aucie swoje śpiące dziecko. Dziecko zmarło a wiele osób nazwało mężczyznę wyrodnym ojcem. Tymczasem na świecie miało miejsce wiele podobnych wydarzeń, co więcej podobna historia mogła się przydarzyć każdemu z nas. Roztargnienie bowiem, także w swojej skrajnej postaci, jest produktem ubocznym automatyzacji większości naszych procesów myślowych. Większość czynności dnia codziennego wykonujemy nie zastanawiając się nad nimi. Odruchowo zapalamy światło wchodząc do łazienki, nastawiamy ekspres do kawy.  Prowadząc auto nie musimy przypominać sobie jaką czynność teraz powinniśmy wykonać. To odciąża naszą pamięć i nasz mózg może skupić się na bardziej istotnych kwestiach. Tylko czasem doświadczamy ubocznych skutków tej automatyzacji np. gdy nie pamiętamy czy zamknęliśmy drzwi lub wyłączyliśmy żelazko. Jednak zdarza się, że skutki „wyłączenia świadomości” są o wiele bardziej tragiczne. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy pamięć jest przeciążona lub osłabiona pod wpływem stresu. I taka właśnie sytuacja mogła mieć miejsce w życiu wspomnianego mężczyzny.

Autor: Anna Balcerzyk

Więcej informacji:
Kowalska M, Mielniczuk E. Szereszewski – mnemoniczny geniusz. Rocznik Kognitywistyczny 2004; 4: 107-111
Loftus E. Creating false memories. Scientific American 1997: 277: 70-75